Po kursie programowania. Wrażenia

Dlaczego zdecydowałam się iść na kurs, skoro w sieci jest taki ogrom darmowych materiałów? Czy jestem pewna, co robię? Którą szkołę wybrałam i dlaczego? Jakich technologii się uczyłam? Czy dostałam to, czego chciałam? Na wszystkie te pytania odpowiadam poniżej.

Dlaczego kurs, a nie samodzielna nauka?

Powiem tak – koło programowania kręcę się już dobrych dziesięć lat. Było tego trochę w liceum, trochę na studiach, trochę próbowałam coś robić sama w domu. I wiem, że to ogromna i niełatwa dziedzina (chyba właśnie świadomość tego ogromu zniechęciła mnie w pewnym momencie do podjęcia dalszych kroków w tym kierunku). A po kilku latach nastał czas przemyśleń i powrót do IT, żeby sprawdzić, czy ja się tam w ogóle nadaję. W tym celu przysiadłam do nauki SQLa –  rzecz stosunkowo prosta do opanowania. Po pół roku (nauka po godzinach, bo pracowałam na pełen etat) zaczęłam się rozglądać za pracą – jak się szybko okazało, moja wiedza była jeszcze niedostateczna. I tak, metodą prób i odmów, w końcu gdzieś się dostałam. Po dwóch latach znów stanęłam przed dylematem – co dalej? Postanowiłam że chcę się nauczyć czegoś nowego i zmienić pracę na bardziej rozwijającą i zwyczajnie ciekawszą. Początkowo miałam się uczyć sama. Wzięłam książkę, przerobiłam ją, i… znalazłam się w tym samym punkcie, w którym byłam już kilka razy wcześniej. Mam podstawy, tylko nie wiadomo co dalej. Skąd czerpać informacje, jakie ćwiczenia robić, które źródła są warte uwagi, a na które szkoda czasu? Co się wykorzystuje w praktyce, a co jest tylko ciekawostką? I ogrom materiałów dostępnych w sieci wbrew pozorom całość bardziej utrudnia, niż ułatwia; każdy może opublikować wszystko, od artykułu po tutorial na YT. Naszym zadaniem jest ocena, które źródła są dobre, a które nie. Na to jednak potrzeba czasu. A ja nie chciałam spędzić roku na przekopywaniu zakamarków Internetu, po prostu szkoda mi na to czasu. Poza tym mam świadomość, że cały proces samodzielnej nauki byłby mocno chaotyczny, czego też chciałam uniknąć. Zależało mi na nauczeniu się tego raz a dobrze, bez zbędnego błądzenia. Dlatego zapisałam się na kurs typu bootcamp. Dostaję materiały, dostaję zadania, mam mentora, który w razie problemów podpowie co i jak, wytłumaczy. Mam code review. Uczymy się rzeczy które są faktycznie potrzebne w pracy. Tylko tyle i aż tyle.

Czy to na pewno zajęcie dla mnie?

Wiem, że programowanie to nie jest łatwy kawałek chleba. Ja w to idę z pełną świadomością, miałam już styczność z podobnymi rzeczami.

Lubię kombinować jak dany problem rozwiązać, a programowanie to – jak by nie patrzeć – właśnie rozwiązywanie kolejnych problemów.  I po dwóch latach siedzenia w tego typu rzeczach stwierdziłam, że i z poważniejszym programowaniem dam radę. Niezmiennie ciągnie mnie w tą stronę od lat, więc trzeba było w końcu coś z tym zrobić.

Jaka szkoła, jakie technologie?

Nad wyborem zarówno szkoły, jak i technologii, dumałam naprawdę długo. Ze szkołą było stosunkowo prosto. Nie wierzę w żadne slogany w stylu “zrobimy z ciebie programistę w tydzień”, więc wszystkie tego typu kursy odpadały w pierwszej kolejności. Potem rozważałam te dłuższe, ale w większości szkół nie podobał mi się dobór technologii – albo skupiały się tylko na jednej (co jest nie za dobre biorąc pod uwagę zakres wymagań w ogłoszeniach pracodawców), albo też zbytnio rozdrabniały (bez sensu jest wiedzieć cokolwiek o 10 technologiach bo w efekcie nie wiemy prawie nic). Najlepsze wyważenie ilości i doboru technologii oraz długości kursu (ponad 300 godzin) znalazłam w Coders Lab. Zestaw, który oferują, najlepiej mi się pokrywał z tym, co widziałam w ofertach pracy.

W kwestii technologii, po długich namysłach i analizach, zdecydowałam się na C# / .NET. Oprócz tego kurs obejmował także bazy danych, podstawy Front-Endu (HTML, CSS, JavaScript, jQuery) i kilka bardziej zaawansowanych zagadnień. I z takim zestawem umiejętności można już gdzieś startować. Uznałam, że to całkiem sensowny pakiet na początek.

Jak wygląda taki kurs?

Mój kurs odbywał się w trybie zaocznym – czyli zajęcia mieliśmy w weekendy, co dwa tygodnie, od lutego do października (2018). Całość podzielona była na moduły tematyczne, a po każdym następował egzamin (jego zaliczenie było koniecznie by móc dalej uczestniczyć w kursie) oraz dostawaliśmy do zrobienia projekt, zbierający całą nabytą dotychczas wiedzę (powoli budowaliśmy sobie portfolio). Aha, między zajęciami były jeszcze zadania domowe do zrobienia, w celu utrwalenia wiedzy. Między kolejnymi zajęciami było więc co robić.

No i najważniejsze: czy było warto?

Moim zdaniem – tak. Dostałam dokładnie to czego oczekiwałam, czyli konkretną dawkę wiedzy, dzięki której jestem w stanie samodzielnie zbudować w pełni funkcjonalną aplikację. Jestem też w dobrym punkcie wyjścia do dalszego rozwoju – mam pojęcie o kilku technologiach, wiem co mi się podoba a co nie, wiem w którym kierunku chcę iść dalej.

Jeśli jednak ktoś myśli, że pójdzie sobie na taki kurs, posiedzi na wykładach, a potem będzie #programista10k, to się bardzo, ale to bardzo myli. Po pierwsze, podczas trwania kursu trzeba włożyć sporo pracy własnej, żeby coś z tego w ogóle było. Po drugie, trzeba to po prostu lubić. Praca nie jest łatwa, wymaga specyficznego myślenia i najzwyczajniej w świecie nie jest dla każdego (bez względu na to, co mówią slogany szkół programowania). Poza tym ukończenie kursu to nie koniec – to dopiero początek. I warto mieć tego świadomość.